3a – Błagojewgrad, czyli Brazylia – Niemcy 2-14

SIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIKKKKKKKKKKKKUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!!
Niczym alarm budzika, wytrąca mnie ze snu paląca potrzeba w centrum Błagojewgradu.

Jedzenie, picie, seks, sen, wydalania… Na samotnym wyjeździe jak w soczewce lepiej widać nasze fizjologiczne potrzeby. Może dlatego, że zaspokojenie każdej z nich wymaga własnego, nierutynowego wysiłku. No i nie ma innych ludzi i codziennych bodźców, które te potrzeby maskują.

Jest rano, centrum miasta, tuja przy banku, która wczoraj okazała się pomocna, w świetle dnia naraziłaby mnie na kłopoty. Trafiam za to na główny bulwar miasta i wkrótce ląduję w toalecie … urzędu miasta. Jest trochę brudnawo, ale za to technika na najwyższym poziomie: gdy się nie ruszasz, gaśnie światło. Nie wiem czy to jest dobry pomysł, aby akurat przy/na desce klozetowej oczekiwać od człowieka gwałtownych ruchów mobilizujących fotokomórkę.

Z nowym, radosnym spojrzeniem na świat rozglądam się po wnętrzu urzędu. I tu niespodzianka. Na przykład te fotele – w Waszym urzędzie miasta też są takie?:

Albo ta wystawa fotografii. Nie wiem jak inni faceci, ale ja odbierałbym wizyty w TAKIM urzędzie jako przyjemne:

Może to jest jakiś pomysł?! Wchodzisz do urzędu skarbowego, a tam miła pani prosi, aby usiąść w wygodnym fotelu i poprzeglądać świerszczyki zanim pan naczelnik poprosi na rozmowę o nieodprowadzonym VAT…

Jest też monitor wyświetlający krótka historię miasta. Pojawia się tylko pytania dla kogo on ją wyświetla? Dla innych turystów, którzy zaglądają tu za potrzebą?:

Wracam do mojego auta i po przepakowaniu, kieruję się do Kauflandu, aby uzupełnić zapasy jedzenia i skorzystać z automatu z kawą.

Potem ruszam na waroszę, dzielnicę w stylu okresu bułgarskiego odrodzenia narodowego. W świetle tego co przyjdzie mi zobaczyć w innych miastach i wioskach, ta nie jest niczym nadzwyczajnym, ale ja jeszcze nie mam porównania… (Kto jeszcze nie wie: „warosza” oznacza dawne centrum bułgarskich miast).

W waroszy, zdecydowanie przyciąga uwagę cerkiew:

Ta warosza została niedawno odbudowana – może dlatego brakuje jej autentyczności. Nie wiem kiedy została zniszczona, ale obstawiałbym okolice 1902-1912. W 1902 wybuchło tu powstanie antytureckie (gornodżumajskie), a w 1912 była wojna bałkańska, która przywróciła temu miastu niepodległość.

Dwie trzecie ludności stanowili wtedy Turcy. Dziś jest ich tu coś ponad setkę…

Błagojewgrad… Czy nazwa miasta ma coś wspólnego z bułgarskim słowem „dziękuję”, czyli „błagodaria”? („Błago” – dobrobyt, „daria” – darować). Zauważam też, że sporo osób używa nieformalnego „merci” jako „dziękuję”.

Jeszcze rzut oka na waroszę i wracam na główne trakty.

Wkrótce wyjaśnia się sprawa nazwy miasta. Nie od „błagodaria”, tylko od Dimitra Błagoewa jest nasz Błagojewgrad. Kim był jegomość? Hmmm, takim bułgarskim Marksem, teoretykiem komunizmu.

Nazwa ta zastąpiła dawną turecką ”Górna Dżumaja” w 1950 roku i mieszkańcy nie kwapią się by ją zmienić. „Dżumaja” z kolei to turecki piątek – w ten dzień odbywały się tu targi. (Dolna Dżumaja, zdaje się, że jest obecnie miastem w Grecji.)

A dziś Błagoew smętnie patrzy się z cienia na to jak miasto sprawnie przechodzi na kapitalizm. I słusznie, że patrzy. Niech się męczy. Za głupotę się płaci.

Zreflektowałem się, że tak naprawdę jedyny sławny Bułgar jakiego znam (i nie mam tu na myśli królów czy działaczy i rewolucjonistów z XIX i początku XX wieku), pochodzi właśnie z Błagojewgradu – to Dimitar Berbatov, piłkarz. A przepraszam, pamiętam jeszcze innego piłkarza Stoiczkova. I to tyle… Znacie więcej?

A co mi tam! A zaszaleję! I zrobię sobie selfie na tle urzędu miasta, którego lokalizacja tak ładnie współgrała z moja poranną fizjologią:

Kręcę się zasadniczo w okolicy placu Makedonija i placu Byłgarija – mała uliczki, knajpy – oraz deptak w kierunku uniwersytetu. Uniwersytet amerykański i drugi, bułgarski, nadają miastu studencką atmosferę, która wyraża się w dużej ilości młodych ludzi.

Właśnie w oddali wyłania się uniwersytet amerykański:

W okolicy uniwersytetu robię moje ulubione zdjęcie z tej wyprawy: w tyle reklama jakiegoś spektaklu teatralnego, z przodu fontanna:

A fontanny w pobliżu uniwersytetu są całkiem imponujące – mega-hamerykańskie:

Zabawna rzeźba w pobliżu. Nie potrafię zidentyfikować tego, co ludek trzyma w ręce. W lewej chyba trzos, ale w prawej?!:

No i wreszcie prawdziwe Bałkany. Pasterz i jego zwierzęta w centrum Błagojewgradu:

Przed wyjazdem wyczytałem, że średnia pensja w Błagojewgradzie wynosi ok. 650 zł netto, a wynajem 1-pokojowego apartamentu w centrum to ok. (280 zł /miesiąc) (http://www.numbeo.com). Trochę mi to za niskie się wydaje. Dane mogą być stare. Ale zawsze możemy postawić sobie pytanie: to co, przeprowadzamy się z Zielonej Wyspy do Błagojewgradu?

Koło 19:00 zaczynam rozglądać się za dobrym miejscem na oglądanie półfinału mistrzostw świata w piłce nożnej: Brazylia – Niemcy. W kwadracie uliczek, może 200 m x 100 m, znajduje się jakieś dziesięć knajp z telewizorami wyrzuconymi na zewnątrz budynku i drugie tyle bez telewizora lub z telewizorem w środku.

Ale nie siadam jeszcze. Do 23:00 przecież nadal sporo czasu. Odwiedzam miejsca widziane wcześniej i robię nocne zdjęcia.

Jeśli za dnia Błagojewgrad można uznać za całkiem sympatyczny, to w nocy twarz znacznie miasta pięknieje, jakby ktoś pokrył je efektownym makijażem kolorowych świateł.

Gdy zbliża się godzina meczu, stoliki zapełniają się, a barmani przełączają na futbol.

Siadam i ja w miarę spokojnym miejscu, kupuję piwo. Zaczyna się mecz i wkrótce okazuje się, że nie wszystkie telewizory nadają sygnał równocześnie. Niestety akurat mój ma opóźnienie i o tym czy strzał wylądował w bramce dowiaduje się ciut wcześniej z odgłosów w sąsiedniej knajpie. Efekt: doświadczam dwa razy więcej goli niż osoby w knajpach z wcześniejszym sygnałem.

Po wypiciu pierwszego piwa przestaje mi to przeszkadzać. Zaczynam natomiast wątpić czy nie za dużo wypiłem: jeden gol, drugi, piąty…

Brazylia – Niemcy 0-5 po pół godzinie. Właściwie to mógłbym już pójść, ale zaczynam mieć poczucie, że tu, w Błagojewgradzie właśnie, uczestniczę w jakiejś historycznej jatce, więc zostają i po przerwie dopinguje się drugim piwem…. (Sympatia lokalsów wyraźnie po stronie Niemców, więc nastroje wokół dobre.)

Po meczu łykam na szybko trzecie piwo i dalej włóczę się po mieście. Świat staje się bardziej Chagallowski, bardziej rozciągliwy i akceptowalny.

Nie wiem jak współdziała z alkoholem moja Gabapentin Teva, ale czuję, że wszystko staje się znacznie mniej wyraźne i co ważniejsze, mało istotne…

Do auta ledwo trafiam, ale za to z pijacką pewnością: Brazylia – Niemcy 2-14, jeśli uwzględnić okrzyki komentatorów.


CIĄG DALSZY>>>

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bułgaria i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s