8a – Surdulica i Monastyr Prohor Pcinjski – żegnaj Serbio

Ranek budzi nas słoneczkiem i mgłami. Kemping otoczony jest laskiem i krzakami, więc problem toalety zostaje sprawnie rozwiązany. Zbieramy się i ruszmy w kierunku Macedonii.

Krajobraz, który wciąż wygląda swojsko, wkrótce zmieni się nie do poznania.

Surdulica – mały przystanek po drodze, okazja by napić się kawy w kawiarni (2 zł!) i odwiedzić bankomat.

Panuje tu już bałkański klimat, który lubię: uliczki zastawione autami, bałagan na drogach, kawiarnie pełne, a na miejscowym forum, ludzie po prostu stoją i rozmawiają. We wcześniej odwiedzonych miejscowościach, nie było tej atmosfery wolnego czasu i chaosu. No ale cóż, przecież jedziemy coraz bardziej na południe…

Aby dostać się do Macedonii, wybieramy mniej uczęszczane przejście graniczne Prohor Pcinjski – Pelince. Okazuje się, że przed samą granicą jest kolejny monastyr, św. Prohor Pcinjski. Drugi człon nazwy wynika z faktu, że jest położony na lewym brzegu rzeki Pcinje.

Św. Prohor jest też ładny, choć nie tak „zagubiony” w czasie jak św. Jovan Poganovski, gdyż budowle noszą świeże ślady renowacji, jest też mini-muzeum przyrodnicze. Obecny tu konak, czyli budynek mieszkalny, tzw. Vranjanski Konak, uważany jest za jeden z najpiękniejszych tego typu w Serbii.

Podobno św. Prohor przepowiedział bizantyjskiemu cesarzowi, że ów zostanie cesarzem, a gdy tak się stało, cesarz postawił monastyr z wdzięczności. W apsydzie mieści się grób św. Prohora. W środku są cenne freski, ale ponieważ jest zakaz fotografowania, a przed ołtarzem modli się z zapałem zakonnik z zakonnicą, odpuszczam robienie zdjęć. Wstęp na teren monastyru: 0 zł, liczba turystów: 0.

Zdjęcia które wykonałem, nie dają pojęcia o całym kompleksie. Myślę, że może i dobrze – aby dopowiedzieć sobie resztę, trzeba się wybrać samemu…

Jeszcze klika refleksji o Serbii, kiedy tak sobie oglądamy „Prohora”…

Mieliśmy spędzić w Serbii tylko 2-3 dni, a wyszło ponad dwa razy tyle, gdyż kraj nas mile zaskoczył swoją „nieturystycznością”, niskimi cenami i intrygującymi toaletami.

Ciężko powiedzieć co nam się najbardziej podobało. W Polsce myślałem, że przełom Dunaju będzie w Serbii atrakcją nie do przebicia, ale tak się nie stało…

Drogi okazały się być porównywalne do tych na polskiej prowincji, a kierowcy równie głupi. Ze dwa razy zmuszony byłem uczestniczyć w wyprzedzaniu na trzeciego, a ze trzy razy auto wyjeżdżające zza zakrętu, niebezpiecznie ścięło go sobie.

W kategorii zaśmiecanie krajobrazu natomiast, Serbia zdecydowanie wyprzedza Polskę. Przejeżdżaliśmy jednak przez jedną gminę, gdzie co chwila były tabliczki „Ta droga została oczyszczona ze śmieci. Dbaj o czystość”. Zatem walka o zmianę serbskich przyzwyczajeń już się rozpoczęła.

Paragony fiskalne. To zapewne rezultat intensywnych kontroli skarbowych, bo wszędzie dostawaliśmy dowody, że serbski fiskus działa sprawnie i podatki płyną tam gdzie trzeba. Dobra wróżba dla kraju wciąż liżącego się po wojnie.

A propos wojny, to jej jedyne świadectwo w tym regionie, które rzuciło się nam w oczy, to wojskowe ciężarówki, które trafiły w prywatne ręce i teraz służą do transportu niemilitarnego. Mimo, że od zakończenie konfliktu bałkańskiego nie minęło znowu tak wiele lat, czuliśmy się tu tak bezpieczni jak w Polsce.

Zachęcony tymi wakacjami, nie wykluczam, że znowu wybiorę się do Serbii, zanim zawładnie nią przemysł turystyczny.

***

Tu kończy się serbska część Wyprawy Tropem Tureckich Toalet.
Możesz ją kontynuować w Macedonii.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Serbia i oznaczony tagami , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s