17b – Droga Korcza-Permet, czyli albański Dziki Wschód (II)

Prehistoryczny demon z Ilirii:

Stasiuk: „Bo Albania jest stara. Jej piękno przywodzi na myśl dawno wymarłe gatunki i epoki, które nie pozostawiły po sobie żadnych wizerunków. Pejzaż trwa, ale jednocześnie nieustannie kruszeje, rozpada się, jakby niebo i powietrze chciały go rozetrzeć w palcach.”

Czynne w każdą szóstą sobotę miesiąca miedzy 2:00-3:00 w nocy:

A oto przydrożny krzyż na wzgórku. Mój znajomy twierdzi, że każdy z nas nosi jakiś swój krzyż. Rzecz trudna do zweryfikowania, bo jak zadecydować czy to już krzyż czy tylko różaniec?

Tak czy siak, Moja Piękna, którą widoki mało interesują, zostaje z Młodą w aucie, a ja z Młodym wdrapuję się na pagórek. Z niego roztacza się najpiękniejsza panorama jaką przyjdzie nam widzieć w Albanii.

Głowa skręca w lewo. Dolina. Rzeka Vjosa:

Głowa na wprost:

I oto zdjęcie I z quizu na wstępie do tej wyprawy:

Głowa skręca w prawo:

Vjosa w pełnej krasie. Możliwy jest po niej rafting, ale nie zdecydowałem się, bo wideo na youtubie pokazywało … jak łódź się przewraca.

Permet. Dziura na 12 tysięcy mieszkańców. Ale to tu, jeszcze w czasie niemieckiej okupacji, partia komunistyczną pod wodzą Hodży uchwaliła, że niekomuniści nie będą mieli prawa współrządzić Albanią.

Wychodzimy z auta, by coś zjeść, ale nie ma szans na nic. Wszystko pozamykane. Miasteczko jak wymarłe. Ramadan zapewne, albo sjesta.

Na skałę miejską podobno mają prowadzić schodki, ale ich nie znajduję. Cykam to zdjęcie-pocztówkę i jedziemy dalej.

Za miastem mały piknik przy typowym dla Albanii moście. O dziwo, deski nie są przegnite i da się przejść na druga stronę.

Jest już po 19:00. Przejechaliśmy około 180 kilometrów w osiem godzin. Godzina, może dwie, to przerwy w drodze. Potwierdza się: średnia prędkość 30 kilometrów na godzinę. Zaczyna się nerwowe poszukiwanie kryjówki pod spanie.

Na zdjęciu tego nie widać, ale to zachwycające miejsce u ujścia jakiegoś strumyka do Vjosy. Aż wychodzę z auta, by zbadać szutrówkę, która tam prowadzi. Nie, nie da się zjechać bez zrypania podwozia.

To miejsce też odpada z tego samego powodu co powyżej:

Wreszcie skręcamy w jakąś drogę prowadzącą przez obszerne pole za którym płynie Vjosa. Odbijam od szutrówki i pakuję się kilkadziesiąt metrów w głąb ścierniska. Jesteśmy w głębokim kanionie, a od szosy, odległej o 100 metrów, chroni nas pas krzaków. Wokół zupełne pustki, które raz na pół godziny ożywia przejeżdżające auto.

Młody wyrusza na poszukiwanie kolacji i wkrótce wraca z cennym białkiem w różnych postaciach. Będzie sałatka. 🙂

Z racji naszego położenia w kanionie, słońce znika za horyzontem bardzo szybko. Staję się melancholijny. I tak, znowu, znaleźliśmy się o dzień bliżej śmierci.

I co ja robię tu, w środku albańskiego interioru? Co ja tutaj robię…


CIĄG DALSZY>>>

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Albania i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s